sobota, 7 maja 2011

część 1 .

 Siedząc tak w salonie na fotelu obserwowałam jak moja szurnięta siostra skacze po pokoju ciesząc się z wygranej. Dziwne, że nie zaniepokoiło jej to iż nie wysyłała swoich prac na żadne konkursy.
 -Natie!- krzyknęłam łapiąc ją za ramiona. Zdmuchnęłam sobie z twarzy jej długie, rude, gęste włosy.- Nie zaniepokoiło cię to, że nie wysyłałaś żadnej pracy na konkurs?- uniosłam brwi. Mina jej zrzedła i pokiwała twierdząco głową. Zaśmiałam się cicho.- Ja wysłałam. Tą Merlin Monroe. Zeskanowałam i wydrukowałam, a oryginał wysłałam. Wiedziałam, że wygrasz! A zawsze chciałaś jechać do Japonii.- wzruszyłam ramionami. Siostra natychmiastowo rzuciła się na mnie, ściskając mnie mocno. 
 -Dzięki, dzięki, dzięki, dzięki, dzięki!!!- krzyczała, a ja udawałam, że się duszę. Nic nie dawało. nadal mnie tuliła podskakując wesoło.- Musimy się pakować. Wyjeżdżamy jutro wieczorem!- pisnęła ciągnąc mnie na górę. 
 Spakowałyśmy się szybko, a potem rozmawiając i śmiejąc się zasnęłyśmy na podłodze w moim pokoju. Kolejnego dnia Natalie strasznie się denerwowała. W końcu jechała do swojego ukochanego kraju i to w dodatku ze mną. Swoją ukochaną siostrzyczką! Wieczorem byłyśmy już na lotnisku. Odnalazłyśmy organizatorkę i odebrałyśmy bilety. Oddałyśmy bagaże i po niedługim czasie siedziałyśmy w samolocie. Trzymając się za ręce przez całą drogę spałyśmy słodko. Będąc na miejscu oczywiście ja nie umiałam się po japońsku dogadać. Natalie natomiast  mówiła biegle. Słuchając jak moja siostra podrywa jakiegoś dość dobrze ubranego Japończyka niższego od niej o połowę, roześmiałam się. Pociągnęłam ją szybko. Droga do hotelu zajęła nam nie dłużej niż 10 minut. Zajęłyśmy swój pokój, a potem moja siostra wypruła na miasto. Ja zostałam pod pretekstem, że źle się czuję. Prawda była taka, że ten kraj to jej marzenie, nie moje. Nie chciałam jej przeszkadzać. Kiedy tylko wyszła, wzięłam swój notatnik i komplet ołówków i cienkopisów, a potem wyszłam z pokoju. Bez problemu znalazłam drogę na dach. Zaciągnęłam na ramiona ciepły sweter i usiadłam przy kominie. Słońce zachodziło powoli jednak nie było mi do szczęścia potrzebne. Zaczęłam rysować... Po prostu mazałam sobie bez sensu w zeszycie. Nie miałam pomysłu na nową kreację, więc zaczęłam szkicować krajobraz. Same budynki jednak hotel umieszczony był w takiej okolicy, że były tu najpiękniejsze budowle całego tego kraju. Było co rysować.
 Z transu wyrwał mnie dźwięk otwierających się drzwi. Odłożyłam szkicownik i wstałam powoli. Spojrzałam uważnie w stronę drzwi i ściągnęłam brwi. Wyłoniła się zza nich jakaś postać. Podejrzewam, że mężczyzna. Wskazywały na to szerokie barki oraz wąska talia i biodra. Trochę się wystraszyłam. Stanowczo nie był to Japończyk. Był zbyt wysoki i miał kasztanowe, kręcone włosy. Cofnęłam się kilka kroków kiedy jego ciemne oczy rozbłysły odbitym blaskiem księżyca. 
 -Wiedziałem, że cię tu znajdę...- wyszeptał na tyle głośno, aby wiatr doniósł słowa do mnie. Oddech gwałtownie mi przyspieszył. Nie wiedziałam kto to jest, więc po prostu się bałam. Na pierwszy rzut oka chłopak wyglądał groźnie jednak jakby mu się bliżej przyjrzeć to wyglądał na całkiem ciepłego kolesia.
 -Co? Jak to?- zapytałam trochę zdezorientowana.- Kim jesteś?- cofałam się z każdym jego krokiem. W końcu dotarłam do końca dachu i oparłam się o ściankę sięgająca mi jedynie do bioder.
 -Caroline...- wypowiedział moje imię niemal z czcią. Spowodowało to, że po kręgosłupie przebiegł mi dreszcz.- Nie bój się mnie... Nie zrobię ci krzywdy.- podszedł bezpośrednio do mnie. Pogładził opuszkami palców mój policzek. Cofnęłam się i... Zaczęłam spadać lecąc w nicość. Kiedy wrzasnęłam stałam znów w tej samej pozycji co wcześniej, a nieznajomy stał w tym samym miejscu co wcześniej. Tuz przy drzwiach. Adrenalina skoczyła mi chyba stokrotnie.
 -Co jest?!- zapytałam mając zamiar uciekać.- Co się dzieje?!- przez chwilę zaczęłam uważać, że wróciły te przywidzenia z czasów kiedy dowiedziałam się o śmierci rodziców.
 -Nic...- prychnął rozbawiony. Zaczynał mnie powoli irytować.- Zapamiętaj mnie, proszę. Pojawię sie w twoim życiu jeszcze nie jednokrotnie.- po wypowiedzeniu tych słów po prostu znikł. Nie wiem jak i gdzie. Zbiegłam z dachu i weszłam do pokoju. Złapałam poduszkę w pięści i schowałam w niej twarz. Byłam kompletnie skołowana. Nie wiedziałam co się stało... Wróciło to okropne uczucie zdezorientowania. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz